• Wpisów:1360
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:28 dni temu
  • Licznik odwiedzin:97 514 / 2390 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Witam po dłuższej przerwie!
Długo by opowiadać ile się wydarzyło przez ten czas, ale może w następnych postach napomknę coś więcej!
Minęło tyle lat od założenia bloga... łezka się w oku kręci!

Od remontu pokoju (nareszcie wszechobecna biel!), zmiany zainteresowań, aż po pewną zmianę siebie, swoich przyzwyczajeń.
Otóż skończyłam ostatnio epizod z "punkowaniem", szczerze? Strata "przyjaciół" nieco kłuje w serce, jednak po co trzymać się na siłę tam, gdzie wcale Cię nie chcą? A może nawet Ty nie chcesz tam być, a po prostu nie chcesz zostać sam?
Powiem tak - zrobiłam ten ciężki krok i odizolowałam się. Od jakiegoś czasu żyję własnym życiem i wiecie co w tym jest najlepsze? Zaczyna mi się ta "samotność" podobać.
Naprawdę, dawno nie miałam okazji mieć tyle czasu dla siebie.
Znowu rysuję, robię coraz więcej zdjęć, makijaży artystycznych, nawet zaczepiam o drobne robótki ręczne! Robię ostatnio wiele rzeczy, które naprawdę lubię robić, a nawet udaje mi się wyciągnąć z tego profity!
Poza tym znalazłam swoje stare, zakurzone marzenie, które już dawno włożyłam do starej, zapomnianej szafy - fotomodeling.
Owszem, Hania chce być fotomodelką! Chce być, i zamiast tylko chcieć jak dawniej - robi coś w tym kierunku!
Ostatnio miałam okazję uczestniczyć w sesji gotyckiej w Chorzowie, dokładniej w Parku Śląskim!


Dalsze efekty zobaczymy już niedługo, sama nie mogę się doczekać!
Mogę się pochwalić również niektórymi z własnych zdjęć z tego czasu!







Oczywiście pięknym modelem ze zdjęć jest moja sympatia a zarazem partner sercowo-biznesowy. :)

Mogę się również pochwalić przykładami moich makijażowych prac, które wykonywałam na sobie.







W tym momencie muszę powoli kończyć post, w następnym opiszę swoje dotychczasowe dzieje trochę szerzej!
Na koniec mój dzisiejszy rysunek, inspirowany pracą świetnej artystki - itslopez!


PS Niespodzianka! 15 lutego czeka mnie jeden z najpiękniejszych dni życia!


Do następnego, czekajcie cierpliwie. :)
  • awatar SugarFirefly: Makijaże są super :D Sama tak mocno się nie maluję, ale u innych bardzo mi się to podoba :3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Witam ponownie!
Zastanawiam się nad powrotem do blogowania. Sprawdzam zasięg - jeśli widzisz ten post zostaw komentarz, żebym wiedziała do czego wracam!
  • awatar Komori.: W sumie, niedawno weszłam na starą pocztę i pierwszym powiadomieniem był twój post. Już zapomniałam o starych czasach, a to był taki powrót do przeszłości. Odkąd miałam jakieś 12 lat - śledziłam twojego bloga, na prawdę cię podziwiałam. Mimo że jesteś tylko rok starsza, miałam wrażenie że dzieli nas spora granica. Nie pamiętam nawet czy kiedykolwiek odważyłam się skomentować jakikolwiek twój post xD Po chyba 2 latach przerwy, wróciłam żeby zobaczyć co tam u ciebie się dzieje. Cieszę się że planujesz wrócić, w końcu twoje posty, problemy i historie były częścią mojego dorastania i w sumie to brakowało mi tego. Czekam z niecierpliwością na dalszą część twojej twórczości <3
  • awatar SugarFirefly: Hej, ja nadal tu jestem ;)
  • awatar Trawa Cytrynowa: Witam ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Witam po długiej przerwie!
Mamy początki jesieni - piękny, kolorowy czas.
Z drzew spadają liście, a w powietrzu wisi... olej kokosowy?

Więc mamy jesień!
A jak to w tym okresie bywa - my, kobiety chcemy zadbać o swoją skórę, cerę, włosy i nie tylko! Niestety jesień mimo, że piękna to i wilgotna, a również przymrozki powoli dają się we znaki.

Więc w co możemy zaopatrzyć się w okresie żółtych liści?
Pierwszą pozycją, którą Wam przedstawiam jest wcześniej wspomniany olej kokosowy.


Ale co on potrafi i do czego właściwie służy?

Olej kokosowy jest bogaty w wiele cennych właściwości. Zawiera wiele kwasów, w tym laurynowy, palmitynowy, kaprylowy, oleinowy oraz linolenowy, witamin takich jak B2, B6 i E, potas, magnez, kwas foliowy, wapń, żelazo, sód, cynk i fosfor.
Tak więc jest to czysta bomba zdrowotna!

Używaj zamiast tradycyjnego oleju!
Dzięki temu Twoje potrawy zyskają wyjątkowy aromat, a Ty sama dostarczysz sobie cennych wartości odżywczych.

W okresie jesiennym potrzebujemy dodatkowej dawki energii i chęci do życia, prawda? Oczywiście! Tak więc zażywając witaminy, dodatkowo zjedz łyżkę oleju kokosowego - ułatwisz swojemu organizmowi ich wchłanianie! Olej jest jadalny i świetnie smakuje! Jesteś fanką kokosowego zapachu jak ja? Koniecznie wypróbuj!

Olej kokosowy jest świetnym patentem na wypryski i wszelkie podrażnienia skóry. Jest również świetnym balsamem, idealnie nadaje się do ciała. Wypróbuj go nawet jako środek do demakijażu! Poprawia on znacznie wygląd i stan naszej skóry.

Jesienią cierpisz na suche i wyschnięte usta, które skutecznie ochładzają temperaturę między Tobą, a Twoim partnerem? Pewnie sama ze sobą nie czujesz się wówczas zbyt komfortowo? Spokojnie! Na ratunek przybywa... olej kokosowy!

Podobno, jeżeli dokuczają Ci problemy z gardłem, możesz zastosować pewien trick, który pomoże załagodzić ból. Włóż łyżkę oleju do ust, zaczekaj aż się rozpuści, po czym wypłucz nim bolące gardło. Sama tego jeszcze nie miałam okazji sprawdzić, może warto spróbować?

Jesteś szczęśliwą posiadaczką włosów niskoporowatych?
Olej kokosowy poprawi ich kondycję, sprawi, że staną się piękniejsze, bardziej lśniące, a nawet ich końcówki odżyją na nowo!

Suche dłonie? Widoczne skórki? Pożegnaj się z tym koszmarem jesiennych dni. Teraz już chyba wiesz co zrobić. :)



Właśnie jestem w trakcie testowania działania miodu na moje włosy. Zobaczymy. W następnym wpisie napomknę co tam z tego wynikło.

To, czym jeszcze dzisiaj się zajęłam, to chińskie pierożki. Smakowało mi bardzo, a roboty było na 5 minut, jak na pierogi. Naprawdę polecam i odsyłam do Antywieszaka po przepis! :)

http://www.antywieszak.pl/chinskie-pierozki-dim-sum-dumplings/



Jakie macie sposoby na przeżycie okresu jesiennego? Opowiedzcie w komentarzach!
Przy okazji podrzucam moje najnowsze zdjęcia, przy okazji, przy okazji...











Pozdrawiam!
Hania :)


  • awatar Werciaa<33: Jakoś wszystko mi lepiej smakuje z tym olejem:D A nieee wiemm, jakie mam sposoby: ja tam liczę tylko na piękne kolorowe, spadające liście i wszystko inne przeżyję. U LALAALA wyglądasz kwitnąco!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Śledzę sprawę Magdy, dziewczyny zmarłej w Egipcie od jakiegoś czasu. Mniej więcej znam bieg wydarzeń. Cóż, moim zdaniem dziewczyna nieszczęśliwie trafiła na złych ludzi, którzy niewątpliwie zrobili jej ogromną krzywdę. Myślę, że niektórzy ludzie na siłę chcą zrobić z Magdy wariatkę z problemami psychicznymi, żeby uciszyć sprawę i zatrzeć ślady przestępstwa. Jednak rodzina i chłopak dziewczyny twierdzą, że ofiara nigdy nie wykazywała żadnych zachowań wskazujących na choroby psychiczne. Po przejrzeniu internetu w poszukiwaniu wszystkich dostępnych ogólnie dowodów, domysłów i teorii jestem w stanie obrać swoją własną. Według mnie dziewczyna trafiła niefortunnie na ludzi, którzy ją wykorzystali. Cóż, była piękną blondynką, a na takie łasi są ludzie właśnie z tamtych rejonów. Ci ludzie mają zupełnie inne myślenie na temat kobiet. Dla nich gwałt to nic takiego, zwykła rzecz a sam seks jest tematem powszednim nie mającym nic związanego z tematami tabu, świadczyć o tym mogą rozmowy Egipcjan. Dokładniej chodzi o moment, w którym jeden z nich mówi o tym, że "wsadzi jej tego kutasa jeśli zaraz się nie uspokoi", w tle słychać wówczas śmiech. To tylko moja teoria, ale myślę, że dziewczynę zwyczajnie wykorzystali, po czym chcieli ją z powrotem wysłać do Polski, zacierając swoje winy. Jednak dla Magdy skończyło się to inaczej. Czy to było samobójstwo? Czy może ktoś jej w tym pomógł? Myślę, że ostatecznie wszystko się okaże po sekcji zwłok i wyjściu na jaw kolejnych szczegółów w sprawie. Na sam koniec przytoczę słowa dziewczyny z nagrania, które samo w sobie jest dziwne. Dlaczego ona sama nie pójdzie w ustronne miejsce porozmawiać z chłopakiem? Dlaczego to nie ona trzyma telefon? Czy Egipcjanie ją kontrolują? Widocznie, bo Magda tłumaczy półsłówkami i mową ciała, że nie może nic powiedzieć. Sygnały, które daje rękoma mogą świadczyć o gwałcie, przetrzymywaniu, ogólnej krzywdzie którą ktoś jej tam wyrządził. Dziewczyna jest pogrążona w panice i strachu, chce, żeby ją stamtąd zabrali, równocześnie będąc przekonaną, że "już stamtąd nie wróci, to nic nie da". Psychoza? Ale tak znikąd? Szczęśliwa dziewczyna nagle popada w stany lękowe bez przyczyny? A może jednak porwanie, gwałt? Nie mnie jest osądzać, nie znam wszystkich faktów, jednak cała sprawa jest bardzo śliska.
 

 
Dzieńdobrywieczór.
Mam na imię Hania i jestem samozwańczą artystką.
ALE jestem ex kapitanem zajebistego teamu.
Tak, zajebistego.
Powiem jaka nie jestem.
Nie jestem nonszalancka, nie jestem wieczną poetką.
Nie jestem osobą, która kocha książki i samotność.
Nie jestem kimś, czyim marzeniem byłoby wiecznie być kreatywnym i zapracowanym.

Powiem jaka jestem.
Jestem zdziwaczała, szalona i nie jeden raz głupia.

Czuję się dobrze w za dużych ciuchach i glanach.
Czuję się spełniona, kiedy idę z kolegami (albo koleżankami, kto wie?) nad rzekę.
Najbardziej lubię przechodzenie przez obalone drzewa, sprawdzanie nowych członków teamu, czy przejdą chrzest w tym miejscu.
Uwielbiam wspinanie się na desce (bo drabinę zakosili) na dach działki mieszczącej się na tamtych terenach.
Kocham eksplorowanie dalszych miejsc, odnajdywanie nowych dachów, wspinanie się na nie.
Lubię siedzieć tam i gapić się na staw, popijając tanie piwo. Nie sama, z moimi ludźmi.
Fajne jest też chodzenie po opuszczonym budynku.
Pierwsza osoba (najsilniejsza) trzyma młot, na wypadek intruzów, ostatnia trzyma latarkę.
Lubię dźwięk zbijanej butelki na wejściu, ku odstraszeniu osób niepożądanych.
Jestem zakochana w widoku Żor z dachu wieżowca na "moim" osiedlu, lubię tam być z kolegami.
Adrenalina daje mi uśmiech, nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli.
Czasem możesz spaść z hukiem ze schodów na taki dach.
Zazwyczaj sąsiedzi w danym wieżowcu nie są zachwyceni widokiem Twojej osoby w tamtym miejscu.
Możesz też stracić punkty honoru w teamie, dlatego wchodzisz nawet na ten wysoki sufit na chybotliwej drabinie mimo wizji bolesnego upadku.
Miło jest nawet spaść do tego błota w głębokiej fosie, żeby tylko przejść do ukochanego miejsca.

Lubię zgłupieć, lubię oszaleć, zapomnieć niektórych rzeczy.
I wiesz, przesiadywanie w piwnicy bloku z kolegami jest warte każdej ceny.

A wiesz co lubię najbardziej?
Uczucie, że jestem tam, gdzie naprawdę chcę być, robię to, czego naprawdę chcę, z ludźmi, z którymi naprawdę chcę być.
Inaczej - nagość. Kompletna szczerość ze sobą.
Brak tego zakłamania.

Po tym wszystkim mam siłę, żeby iść w drugą stronę - swoją drugą połowę.
Żeby pracować, tworzyć i być kreatywnym.

I to jest wszystko to, co we mnie siedzi.
Właśnie ujrzało światło dzienne.
 

 
W szkole jestem stałym bywalcem pełnej malutkiej szufladki, teraz Wam ją opiszę.
Poza tym, że jest tu dość ciepło i wygodnie charakteryzuje mieszkańcami, którzy są niezaprzeczalnymi wyrzutkami społeczeństwa, którym zazdroszczą pewnych umiejętności, oryginalności i zdolności do wyjścia z tłumu. Te osoby zazwyczaj mają swój mały krąg znajomych, którzy aprobują ich sposób bycia. Dopełniając obraz populacji obecnej w tym miejscu, nie cechuje się za grosz zainteresowaniem odzieżą markową, paznokciami, modą i stylem.

Przeciwieństwem osób w owej szufladce są kaczki.
Rozumiecie? KWA, jak kaczki. KWA, jak Kółko Wzajemnej Adoracji.
W tej różowej szufladce swój żywot toczą niezwykle oczogrzmotne osobistości - osoby, które bratają się z powodu podobieństw... wszystkiego.
Ciężko odróżnić jedno ziarnko grochu od drugiego, podobnie jest z nimi.
Charakteryzują się samouwielbieniem, hipokryzją i z pozoru uwielbieniem osób w tej samej szufladce, jednak z drugiej strony pleców... nie trudno się domyślić.
Koniecznym "niewyjdęzdomubezniego" gadżetem jest pomadka od goldenrose, albo innej modnej firmy kosmetycznej.
(Notatka od autorki - plastik przesyłany drogą kropelkową poprzez buzi buzi na dzień dobry)
Jesteś w szkole? Słyszysz głosy? Jeśli wyłapujesz pojedyncze słowa, takie jak "muszę mieć tą pomadkę z inglota!", "widziałaś na insta?", "widziałaś jak ona dzisiaj wygląda?", "jestem taka gruba!" - uwaga, prawdopodobnie jesteś świadkiem rozmów KWA we własnej, nieskromnej osobie.

Dzisiaj postanowiłam zrobić sobie mały eksperyment.
Wyobraźcie sobie osobę z jako pierwszej wymienionej szufladki, wychodzącą z całego kredensu.
Zmieniłam delikatnie swój image.
Dobrze, może bardziej niż delikatnie.

Cóż, pomalowałam się.
Nie zwykłam tracić godzin przed lustrem, tym razem zrobiłam inaczej.
Dzisiejszym "ajtfitem" została więc dość dorosła bluzka, której nie znajdziecie w sieciówkach, więc w liceum jest per ZUPEŁNIE ORYGINALNĄ, PEWNIE ZZA GRANICY OD UTALENTOWANEGO PROJEKTANTA... bluzką.
Tymczasem jest zwyczajną szmatką z późniejszej młodości mamy. Szał, czyż nie?
Aby dopełnić ideę eksperymentu polokowałam dokładnie każdy niebieski kłaczek na głowie, tworząc śliczny kucyk z równie falującymi pejsami.
Idąc dalej, moje nóżki dziś w świat wyruszyły na parunastu centymetrowych, matowych szpilkach.

Chyba nie sprawię, że część z Was dostanie zawału, a druga spadnie z krzeseł, jeśli powiem, że nagle spotkałam się z aprobatą połowy szkoły?
Większość osób - uczestników kwa, którzy zazwyczaj ograniczali się do "hej" w moją stronę, tym razem zmierzyli mnie jedynie gniewnym wzrokiem idąc dalej w swoją stronę.
Z nieistniejącej dziewczyny nagle zostałam przez połowę ludzi tu obecnych znienawidzona, przez drugą uwielbiana i obdarowana uwagą.
Nagle "co u mnie" z nieporuszanego tabu, stało się najgorętszym tematem dnia.

Ukrócając temat - jestem lekko zasmucona tą sytuacją.
Czy pozory, ubrania i makijaż są jedyną przepustką do bycia nie-niewidzialną?
Dlaczego większości ludzi nie interesuje ludzkie wnętrze?
Uwierzcie mi, bycie miłym, pomocnym i może nawet z poczuciem humoru jest cenniejsze, niż jakakolwiek bluzka, nawet od tego wcześniej wspomnianego utalentowanego projektanta zza granicy.
Zagadajcie, poznajcie i pomyślcie własnym rozumem (zakładając, że wszyscy go mamy), zanim ocenicie.

Uwaga, powyższe szufladki były tylko humorystycznym ujęciem sytuacji.
Każdy z nas jest inny, każdy jest indywidualnym, niezależnym od innych człowiekiem.
Dlaczego chcecie tak bardzo upodabniać się do grupy?
Czy nie jest lepiej czasem odejść od normy, nie powstrzymywać śmiechu, żeby broń Boże nie zwrócić na siebie uwagi?
Nie byłoby bardziej barwnie, gdybyś kupiła te kolorowe buty, które tak bardzo Ci się podobają zamiast superstarów, jak Twoje koleżanki, bo są krzykiem mody?
Czy nie byłoby dobrze czasem zabrać głos w sprawie, która Cię interesuje, zamiast siedzieć cicho w swojej szufladce , ze strachu przed opinią publiczną?

Bądźcie sobą, dziękuję za uwagę.
 

 
Ostatnimi czasy przeżyłam zderzenie z zupełnie inną rzeczywistością.
Zeszły miesiąc był dla mnie jak ciągnący się sen, koszmar.
Brak chęci do życia, smutek - często nieuzasadniony i poczucie winy, objawiającym się niepotrzebnym obwinianiem się za każde zło świata.
Niecały tydzień temu wstało słońce.
Poczułam szczęście, radość i chęć do funkcjonowania.
To było niezwykle nieuzasadnione i... dziwaczne.
Nagle, bez konkretnego powodu obudziłam się ze zmory.

Co prawda - euforia opadła, ale szczęście i CO NAJWAŻNIEJSZE, czyli spokój został.

Aktualnie pracuję nad nowym projektem.
Uwaga - film krótkometrażowy.
"Marzyciel"
Fabuły nie zdradzę, ale wiedz, drogi czytelniku - będzie fantastycznie.
Przygotowania trwają, może nie pełną parą, ale trwają.
To jest kwestia dwóch tygodni więc proszę, daj mi czas.
Warto zaczekać, jest na co.
Tymczasem zapraszam na mój kanał Wielowątkowi na youtube, na którym znaleźć można już 3 filmy, które mogą Cię zainteresować.



Kwestia która pozostała jest dość problematyczna.
Nie do końca wiem jak to opisać, ale od jakiegoś czasu mam zaniki poczucia rzeczywistości.
Łopatologicznie - idę ulicą, nagle przestaję odczuwać fakt poruszania się, uczucie samego istnienia w danym miejscu, bądź w danej sytuacji zanika.
Jakbym zasnęła w trakcie czynności, bądź braku czynności.
Nie towarzyszy temu żaden smutek, nic z tych rzeczy.
Bardziej odczuwam pustkę, brak jakichkolwiek odczuć.

Derealizacja?
Sama nie wiem, nie do końca rozumiem co się dzieje.

Jako (od jakiegoś czasu) naprawdę szczęśliwa osoba, również mogę cierpieć na coś jak właśnie to?
Zadaję sobie to pytanie od jakiegoś czasu.
Samo uczucie braku rzeczywistości odczuwam blisko miesiąc.
Pojawia się parę razy dziennie.

Czy może jest ktoś zorientowany, kto byłby w stanie pokierować na właściwy trop w tej sprawie?
Sama jestem ciekawa czy jest to coś zwyczajnego, czy to bezsensowna panika, czy może prawdziwy problem?

Odbiegając od tematu, wraz z Kamilem podjęliśmy dzisiaj spontaniczną decyzję wybrania się do kina.
Film, który wybraliśmy był właściwie bajką o tytule "Kubo i dwie struny".
Powiem tak - na pewno jest to warte obejrzenia.
Świetnie się bawiłam, a zarazem kompletnie przejęłam się emocjonalnie fabułą całej historii, jestem wręcz zauroczona.
Świetnie się bawiłam, za co bardzo Ci dziękuję Piegusku.
Mam nadzieję, że będziemy spędzać czas w ten sposób częściej!



Więc, do następnego!
Czekajcie na "Marzyciela", który pojawi się już wkrótce na naszym kanale!
 

 
Jak zmieniłam swoje życie o 360 stopni?
To dość ciekawa historia, chętnie Wam opowiem, przy okazji na potrzeby mojej nowej idei (filmowej) przypomnę sobie wszystko od początku.

Wyobraźcie sobie taką Hanię sprzed dłuższego czasu.
Zamknięta w pokoju, brak jakichkolwiek znajomych, wręcz znajomości na minusie.
Ale ku zdziwieniu całego otaczającego ją wtedy świata... co robi?
Tworzy, kreuje, trenuje, rozwija się!
Fotografuje, bawi się obróbką zdjęć, pisze bloga, nawet zajmuje się lalkami kolekcjonerskimi!
Pasjonuje się, urzeczywistnia swój własny świat!
Robi coś, o czym świat zewnętrzny nie ma pojęcia.
On traktuje ją jak nic niewartego śmiecia, jednak ona jest szczęśliwa - w swoim własnym towarzystwie, w swojej pasji.
Świat przyziemny ją przestał interesować - robi w nim tyle, ile powinna. Resztę uwagi skupia na własnym.

Nadchodzi czas, w którym ta zaczyna myśleć.
Może inaczej - staje się bezmyślna.
"A może... Ci mało inteligentni ludzie mają jednak rację?"


Tutaj nasza bohaterka zaczyna się gubić.
Popada w marzenia o przyjaciołach, towarzystwie.
Nie potrzeba jej marzeń, pasji.
Ona chce mieć "fajne" życie, jak reszta nastolatków, za którymi próbuje ślepo podążać.

Uah, zdarza się cud - wybija się.
Trafia w towarzystwo, które próbuje określić jako "swoje".
Od dziś - imprezy, alkohol, imprezy i alkohol.
To jest zabawa! To jest życie! Prawda... Haniu?
Nie potrzebujesz już niczego więcej, prawda?
Masz to, czego chciałaś.
Masz "przyjaciół".


Rutyna? O, witam panią.
Proszę wejść, rozgościć się.
Ah, o czym ja mówię? Czuj się jak u siebie!

Ten rozdział pozwolę nazwać sobie odzyskaniem rozumu.
"Może jednak to nie jest to, czego chciałam?"
Przebłyski inteligencji czy zaniki głupoty?
"Przyjaciele" nie są szczerzy wobec mnie, popadłam w nałogi, straciłam chęć ciągnięcia własnej egzystencji, zgubiłam pasję.
Nie mam pasji? Jak to?
A fotografia? A rysunek?
Ah... kiedy ja ostatnio zrobiłam jakiekolwiek zdjęcie?
No właśnie.
Co ja robiłam wczoraj?
Przecież byłam na imprezie.
Co ja robiłam miesiąc temu?
Przecież starałam się o względy tych fałszywych ludzi.
Co ja robiłam 5 miesięcy temu?
Czekaj... wciąż to samo?

Spotkałam Jego, zrozumiałam.


Przebłysk, zakochanie.
Życie zaczyna grać w rytmie "I want you".
Nabiera barw.

Tutaj przechodzimy do momentu wyznania.

Poznałam Kamila.
Ciekawym jest fakt, że spotkałam go na imprezie.
Od początku załapaliśmy świetny kontakt.
Niedługo po imprezie postanowiliśmy się spotkać.
Zakochaliśmy się w sobie nawzajem.
Te oczy... pełne pasji.
Ten uśmiech... zapał do działania.
Jest kimś, kim od dawna marzyłam, żeby być.
Właściwie ja byłam tą osobą.
Ah, ja kiedyś też miałam pasje.

Wracając do naszej znajomości, ciągnąc wyznanie.
Spotykaliśmy się codziennie.
Pisał do mnie listy każdego dnia, robi to po dziś dzień.
Każde spotkanie było pełne wzajemnego uczucia, rozwijało we mnie zapał do działania, który go wypełniał.

Miłość rośnie wokół nas, sielanka i pełnia szczęścia?
Nie tak prędko.
Za parę dni miał wylecieć do Anglii.

Po głowie krążyła mi wówczas piosenka. "I will not kiss you, cause the hardest part of this is leaving you..."

Czy to nie brzmi jak tragiczny zwrot akcji w jakiejś telenoweli?
Sprawmy więc, żeby to przypominało ją jeszcze bardziej!

Dni mijały.
Mimo choroby, która wykańczała mnie od środka, starałam się wychodzić codziennie.
Chciałam korzystać z każdej chwili, która nam pozostała razem.
Wówczas nawet oddałam mu duszę, w zamian za jego serce.

Pewnego dnia zapowiedział, że ma mi coś bardzo ważnego do oznajmienia.
W mojej głowie zapanował strach, myślałam dość pesymistycznie.
Cóż... to był piękny, słoneczny dzień.
Wyruszyliśmy do lasu.
Delikatnie złapał mnie za rękę.
Jego dłoń była chłodna, jednak od niego jak zwykle biło ogromne ciepło.
Czułam szczęście mając go przy sobie, jednak świadomość, że ten stan nie będzie trwał wiecznie... cierpiałam.
Moje życie już za parę dni miało wrócić do wcześniejszego stanu.
Ah, imprezy... alkohol... przecież to było takie wygodne!
Nie, wtedy już marzyłam o czym innym.
Chciałam pasji, chciałam działania.
Chciałam wszystkiego po trochu... z nim u boku.

Ciągnąc historię dalej, finalnie znaleźliśmy nasze miejsce.
Obalone, wielkie drzewo - nasze klimaty!
Cóż, idealnie się dobraliśmy.
Może kiedyś jeszcze pojawi się w moim życiu?
Może kiedyś... może - ta myśl nie opuszczała mojej głowy.
Usiedliśmy w pobliżu drzewa.


Wyjął z torby list.
Kolejny, dostawałam je każdego dnia.
Ten miałam przeczytać ja.

"Osiem"
Cyfra, którą tak uwielbiał powtarzać.
Wyrazy uczucia, miłości.
Słowa pełne wszystkiego... wszystkiego po trochu.

Wyliczał, wyliczał do ósemki.

"Po pierwsze - ciągle czuję na sobie Twój dotyk."

Drżałam, w myślach obiecując sobie, że tym razem się nie rozpłaczę.

"Po piąte - nie mogę przestać o Tobie myśleć."

Serce przyśpieszyło do niemożliwej prędkości.

"Po szóste - nie mogę bez Ciebie żyć."

Wiedziałam, że za ósemką kryje się to, o czym rano wspominał - rzecz, o której miał mi powiedzieć.

"Po siódme - Kocham Cię!"

Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy w końcu przeczytałam to, czego najbardziej się nie spodziewałam.

"Po ósme..."

Zadrżał mi głos, pociągnęłam nosem, byłam już bliska płaczu.

"...nigdzie nie jadę na dłużej niż dzień... no, chyba, że z Tobą..."

Spojrzałam mu w oczy, niedowierzając w to, co właśnie przeczytałam.
"Co?"

Nie wytrzymałam, rozpłakałam się jak dziecko.
"Niemożliwe..."
Nie wierzyłam w to, co się właśnie wydarzyło.
Postanowił nie wyjechać.
Nie wyjechał, żeby zostać z dziewczyną, którą znał tydzień.
Niczego nie obiecywałam, nie powiedziałam, czy chcę zmienić całe swoje życie dla niego.
On po prostu postawił wszystko na jedną kartę.
Po prostu nie wyjechał.

Istna telenowela? Nie tym razem.
To moja, nasza historia.
To wydarzenie miało miejsce 59 dni temu.

Kłócimy się dość często.
Nieraz nie możemy ze sobą wytrzymać.
Wymieniamy ostre słowa, czasem chowając dumę do kieszeni.

Kochamy się najbardziej na świecie.
Dzień bez drugiej połówki jest dniem straconym.
Uczymy się siebie nawzajem.
Uczymy się samych siebie.
Uczymy się życia od nowa.
Dopełniamy się.
Tworzymy razem sztukę, spełniamy się twórczo.

Mamy siebie.
Mamy pasję.
Mamy miłość.

***

Tutaj, dokładnie w tym miejscu się poznaliśmy.
Tak jak wspominałam wcześniej, co zabawne - na imprezie.


Życzę Wam wszystkim, żeby i Was spotkało w życiu coś, co sprawi, że odnajdziecie właściwą drogę do szczęścia.

Wystarczy jeden człowiek, jedna rzecz, która może zmienić Wasze życie o 360 stopni.


Tak więc mam już pomysł na film.
Miło było przypomnieć sobie tamte wydarzenia, wiecie?

Tak na koniec... dziękuję, że jesteś.
Kamil, kocham Cię.


 

 
Jestem dość dziwnym człowiekiem w dodatku nieokreślającym swojej płci, ale dzisiaj nie o tym.

Ciągle walczę ze swoimi demonami przeszłości.
Nieustannie próbuję panować nad tendencjami, które efektownie niszczą mnie, moją psychikę i ludzi dookoła.
Już nawet się nad sobą nie rozczulam, jedynie zastanawia mnie ta jedna rzecz.

Nieustannie płaczę po kątach wracając do bolesnej przeszłości, na wszelkie sposoby staram się całą sobą z tym zerwać.
Powoli naprawdę są widoczne tak liczne efekty.
Coraz mniej boję się ludzi, zdecydowałam się ciągnąć na przód swoje pasje, nie bać się krytyki i wiele innych.

Ale teraz nie rozumiem tej jednej tendencji.

Dlaczego ja wciąż miewam te chwile, w których siadam, na siłę wyszukuję tych piosenek wspominających przykre zdarzenia z kiedyś i na siłę wynajduję sobie powody, dla których mogłabym cierpieć?

Nigdy w życiu nie zrobiłam sobie fizycznej krzywdy, nigdy nie miewałam myśli samobójczych.
Oczywiście - bywało ciężko, nieraz zbyt ciężko, jednak naprawdę nigdy nie przyszło mi do głowy skończenie ze sobą.
Nie jestem przecież masochistką, ból fizyczny nie sprawia mi żadnej przyjemności, wręcz jestem przerażona wizją nawet najdrobniejszego bólu, dajmy na to takiej szczepionki.

Dlaczego nudzi mi się, kiedy nie cierpię?
Dlaczego szczęśliwe życie, które w każdej chwili mogłabym prowadzić nie daje mi satysfakcji?
Dlaczego nie mogę obyć się bez ciągnięcia bólu psychicznego, który już dawno miał swój koniec?

***

Tym wpisem nie chciałam pokazać jaką cierpiętnicą jestem.
Tak samo nie miałam zamiaru się wyżalić.
Zastanawiam się jedynie co jest nadal nie tak.

Chętnie przyjęłabym komentarze osób, które są w stanie określić przyczynę powyżej wspomnianej tendencji, która jest dla mnie wielką zagwozdką i przeszkodą w spokoju.

***

Zmieniając temat, czekajcie na film krótkometrażowy na kanale Wielowątkowi na youtube, który ukaże się już wkrótce!

https://www.youtube.com/channel/UCWsZS5zAUHKazX4DtFHf_Zg
 

 
Tym razem nieco depresyjnie, bowiem mowa o przeszłości.
Krótka historia do demonach przeszłości.

Przeszłość to coś, co dręczy nas po dzisiejszy dzień.
Zdarzyło się wiele rzeczy, które zostaną z nami na zawsze.
Najważniejsze jest to, żeby pogodzić się z tym co było i iść na przód.
Tak też zrobiliśmy.
Film '"Krótka historia o demonach przeszłości" jest oficjalnym krokiem ku nowemu.


Życzę dobrej nocy, czekajcie na film krótkometrażowy i... relację z konwentu Tsuru 2016 w Rybniku!
 

 
Powoli brniemy do przodu.
Poczyniliśmy wielki krok.
Jeszcze tylko doszlifować dźwięk, inne drobnostki...


Miłego oglądania!
 

 
*Ta smutna część, przewinąć*

Żyłam w pewnym przekonaniu.
Nie mam znajomych.
Dlaczego?
Zawsze tak było - kiedy poznawałam kogoś, osoba jednak nie spełniała wymagań, mam je dość wysokie, tak już jest.
Kiedy ja polubiłam człowieka, on nie polubił mnie.
Kiedy ktoś zaś mnie polubił, ja nie polubiłam człowieka.
Jakoś według tej irracjonalnej zasady zostałam sama.
Sama, bez potrzeby gonienia za ludźmi, którzy nie zaznaczyli się zupełnie niczym w moim życiu.
Czułam się z tym źle, gdzieś w środku został ten deficyt.
Tak, chciałam mieć znajomych.

*Koniec smutnej części, teraz czytać*

Długo myślałam, czy nie iść.
Dokładniej chodzi o pewien zlot w Rybniku.
Zestresowana, zagubiona i smutna ruszyłam w drogę.
Już na dworcu spotkałam trzy osoby idące w tym samym kierunku.
Dość zabawna sytuacja.
Spoglądałyśmy na siebie jakiś czas, w końcu w autobusie udało się dogadać, że to właśnie my.

Tymczasem na rynku, spotkałyśmy dwie osoby ze zlotu właśnie.
Finalnie zebraliśmy się w 15 osób.
Robiliśmy... łatwiej będzie powiedzieć, czego nie robiliśmy.
Było idealnie.

Począwszy od pociągu na samym początku...


Kontynuując jazdą windą w górę... w dół... w górę i w dół.


Wojna na kulki z Bubble Tea...


Poznanie się bliżej na "kole", spadnięcie z niego...


"Sesja na placu zabaw"...


Posiedzenie w parku...



Kończąc na pożegnaniu. Pożegnaniu najpiękniejszemu w moim życiu.
Wyobraźcie sobie, osoba typowo aspołeczna.
Wyobraźcie sobie, że wszyscy rzucają się na nią z grupowym przytulasem.
Wyobraźcie sobie, że kiedy odjeżdża, wszyscy jej machają z uśmiechem na twarzy.
To jej przyjaciele, jej nowa rodzina.

Dziękuję dobranoc, jesteście wspaniali.
Odnalazłam się, poczyniłam kolejny krok.
Mam kolejny kawałek układanki.

Życzę wszystkim takiego kawałka, każdy na niego zasługuje.
Każdy powinien mieć przyjaciół, z którymi pokocha przebywać.
Każdy powinien mieć do czego wracać wspomnieniami ze szczerym uśmiechem, czasem nawet z łezką szczęścia w oku.

Tak, to spotkało i mnie.
Nadal nie mogę w to uwierzyć.

Dziękuję.
 

 
Pragnę ogłosić pewną nowinę.
Uwaga, uwaga.
Wraz z moim partnerem otworzyliśmy działalność.
Planowałam ją latami, jednak dopiero dziś realnie się udało.

Założyłam kanał na youtube.


Zapraszam do komentowania, dziękuję za uwagę.
 

 
W tym roku nie potrafię wczuć się w halloweenowy klimat, który tak uwielbiam.
Mimo to mam pewien plan, niedługo dowiecie się wszystkiego.
Zdjęcia poniżej są małą podpowiedzią, a zarazem inspiracją projektu.



 

 
Dzisiaj spaliliśmy zbędne kalorie.
Nie, niedosłownie - niechętnie podchodzę do sportu.
Zapisaliśmy na karcie czego chcemy się wyzbyć, następnie spaliliśmy to w ogrodzie.
Z moją kartką poszło dość ciężko.
Uważam, że to przez przeszłość, którą chcę odrzucić.
To jest ciężka sprawa, przeszłość jest czymś, co wciąż mnie nawiedza i dręczy.
A może to kartka była za duża?

Nigdy się nie dowiemy. ;)

Dzisiaj umarliśmy, dzisiaj się narodziliśmy.
Zaczynamy od nowa, inaczej.

Ze spraw przyziemnych... zrobiliśmy dzisiaj obiad.
Nie potrafię gotować, to prawda.
Kamil uczy mnie życia od podstaw.
"Po ugotowaniu obiadu należy posprzątać."
"Trzeba po sobie pomyć naczynia."
"Należy umyć ten piec."
"Trzeba nalać wody do połowy, może troszkę ponad."
Jestem wdzięczna.
Makaron z sosem pomidorowym był pyszny, naprawdę nie spodziewałam się, że mogę osiągnąć w kulinariach coś takiego, nawet z pomocą.
Bardzo dobrze mi z tym, że powoli staję się lepszą osobą, poprzez nabywanie nowych umiejętności, nawet tych banalnych.
Po prostu się cieszę, idę do przodu i nie stoję w miejscu.
Nie popełniam starych błędów, nie siedzę w bezczynności.

Jest jeszcze tyle rzeczy, o których chciałabym napisać.
Ten wpis będzie ich zapowiedzią.
Mam nadzieję, żeby Was nie zanudzić moim szczęściem, które za niedługo tutaj wyleję.
A nóż widelec kogoś nim zarażę. :)
(Chociaż lepiej tym, niż ebolą)



Na zdjęciu widnieje gorzka czekoladka w kształcie serca.
Kamil ucieszył się dostając ode mnie trochę słodkości, wiecie?
Patrzcie, Tamashire takie fajne rzeczy robi - hah!

Zdjęcie jest w delikatnym klimacie halloweenowym, z racji rączki w kolorze alabastrowym.
Więc tak - rozpoczynamy sezon Halloween.

Spodziewajcie się wpisu tematycznego już niedługo!
 

 
Ostatni miesiąc minął za szybko.
Nastąpiły zmiany w moim życiu.
Byłam przykuta gwoźdźmi do stołu.
Byłam, nie jestem - to dzięki pewnej osobie.
Nie mogę przestać płakać ze wzruszenia, ktoś próbuje mnie pchnąć na właściwą drogę.
Ktoś budzi mnie codziennie rano, ktoś robi dla mnie kanapki do szkoły, ktoś ogląda ze mną anime, ktoś planuje ze mną przyszłość, ktoś uczy mnie grać na ukulele, ktoś towarzyszy mi w planach aktorskich, ktoś pokazuje mi, żeby się nigdy nie poddawać, ktoś chodzi ze mną do lasu, ktoś daje mi ciepło, ktoś robi ze mną zdjęcia, ktoś uśmiecha się do mnie, ktoś gubi się w moich oczach.
Ktoś daje mi szczęście.
Tym razem takie najprawdziwsze, szczere.



Przez to wszystko czuję okropny strach.
Jestem człowiekiem i popełniam błędy.
Przez demony przeszłości popełniam ich jeszcze więcej.
Boję się, że zrobię coś nie tak, że stracę to wszystko, że mój świat znowu się zawali.

Strach sprawia same problemy, zwiększa negatywne emocje, powoduje kłótnie.
Nie mam pojęcia jak sobie z tym poradzić.
Liczę na Wasze wypowiedzi na ten temat.



Kamiru, dziękuję Ci.
Dziękuję, że jesteś.